kazimierz dolny
imieniny: Teodora i Emanuela
Niedziela 26 marca 2017
Brulion on-line NR4
KRWAWA ŚRODA - 18 listopada 1942 - Krwawa Środa
KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
KRWAWA ŚRODA - Fragment książki "Wspomnienia i dokumenty" [ T.1 s.174-175]
KRWAWA ŚRODA - W XXX rocznice "Krwawa Środa"
KRWAWA ŚRODA - To już 60 lat! Krwawa Środa w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą
KRWAWA ŚRODA - Ponure dni w historii Kazimierza
WOJNA - "Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej"
WOJNA - Partyzancki samotny grób przy kościele p.w. św. Anny
WOJNA - Wspomnienia o akcji pod Zastowem
Początki chrześcijaństwa w Kazimierzu n/Wisłą
Okruchy Pamięci
Inny Kazimierz: kolorystów, awangardy, arsenałowców
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Spotkanie z malarzem
O śniegu, sankach i świetach
O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej
Notatki z natury
Był sobie hotel...
Willa pod różami
Wermanowie z Kazimierza
Wspomnienia Pani Heleny Werman
Jak daleko, jak blisko...
Teatr uliczny


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR4 -> KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków

  KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
Monika Dudzińska

W listopadzie 1993 roku, w rocznicę Krwawej Środy, w Kazimierskim Ośrodku Kultury odbyło się spotkanie młodzieży szkolnej ze Szkoły Podstawowej w Kazimierzu Dolnym ze świadkami tamtych wydarzeń. W spotkaniu wzięły udział m.in.: Pani Irena Łubek, Pani Halina Wolna, Pani Magda Bartnik, Pani Halina Furtas.  Ucznowie przyszli na spotkanie pod opieką pani Anny Walencik, nauczycielki historii. Wspomnienia zarejestrowane zostały na taśmie magnetofonowej, na podstawie której powstała ta relacja.
   
Pomyślałam, że warto byłoby, aby większe grono ludzi poznało relacje świadków tych tragicznych wydarzeń, które miały miejsce 18 listopada 1942 r. w Kazimierzu Dolnym.


Monika Dudzińska

W mieście było pełno niemieckich żołnierzy” – wspomina Pani Genowefa Szkołowa - „strzelali niemal bez przerwy. Widziałam pana Załuckiego leżącego martwego przy mostku na Grodarzu. Ojciec pana Goliszka został postrzelony. Wywieźli go do Bochotnicy i tam go postrzelili. Przeżył, zabrali mu złoty sygnet ale przeżył. Podczas wojny prowadziłam przy Rynku sklep, tu gdzie dziś jest SARP, widziałam samochody z żołnie  rzami niemieckimi, które zajeżdżały na Rynek.
   
Mówię to do was młodzieży, abyście wiedzieli, jak to wówczas było. Abyście nigdy nie musieli tego przeżywać, żebyście wiedzieli jakie to było okropne…

Widziałam przez okno sklepu, że coś się dzieje w miasteczku, usłyszałam, że Niemcy robią łapankę. Nie była to zwykła łapanka. Tego dnia wyciągali mężczyzn z domów i rozstrzeliwali na rynku, albo wywozili gdzieś samochodami, wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy gdzie. W pierwszej chwili nie wie-działam co mam robić, czy otwierać sklep, czy nie. Ponieważ miałam już otwarte okiennice postanowiłam jak gdyby nigdy nic otworzyć sklep. Stanęłam w środku, tak aby nie było mnie widać z ulicy i patrzyłam co się dzieje na Rynku. Widziałam, jak prowadzili od ulicy Krakowskiej pana Saneckiego, kazali mu wsiąść do samochodu stojącego na Rynku.
   
Był taki Siwiec, który pracował na gestapo jako stolarz. Mieszkał na Dołach. Podobno tego dnia mówili, żeby nie szedł do pracy. Odparł, że przecież pracuje u Niemców i nic mu się nie stanie. Jego też zabrali, nigdy już nikt go nie widział.
   
Jak już wspominałam miałam wtedy męża, mówię więc do niego: musisz się gdzieś schować. Po tej stronie Rynku, gdzie mieliśmy sklep była zabudowa parterowa. Domy jednak były dość duże, podpiwniczone. Powiedziałam mężowi, żeby schował się do piwnicy, a on, że nie, tylko na strych. Pomyślałam, że może ma rację, ze strychu można uciec, z piwnicy nie. Kiedy mój mąż był już prawie na strychu, było mu widać tylko nogi. Widzę że do sieni wchodzi niemiecki żołnierz. Mówię do męża: Uciekaj. To, co było dalej trwało sekundy, a mnie wydawało się, że wieki.

Do naszego sklepu prowadziły dwa wejścia. Jedno wejście bezpośrednio z ulicy, drugie przez kuchnię od zaplecza. Ten żołnierz wchodził właśnie przez kuchnię.
   
Najpierw wchodziło się do sieni, w której była rupieciarnia, a z sieni były drzwi prowadzące do kuchni. Żołnierz kopnął z całej siły w drzwi, aż się rozleciały. Ja stoję na środku kuchni, Niemiec w sieni, a mąż na drabinie. Zupełnie nie wiedziałam co robię, miałam tylko świadomość, że muszę coś zrobić. Ten żołnierz miał w jednej ręce granat, w drugiej auto-mat, a na ramieniu karabin. Podskoczyłam do niego, złapałam za daszek od czapki i naciągnęłam mu na oczy. Nie odwróciłam się, ale usłyszałam skrzypnięcie. Pomyślałam, że mąż zszedł z drabiny. Zanim żołnierzowi udało się zdjąć czapkę, mąż zdążył wejść na strych. W końcu zdjął tę czapkę i pyta mnie, czy ja zwariowałam. Odparłam mu, że myślałam, że to jacyś bandyci weszli i że się przestraszyłam. On zaczął się ironicznie śmiać i powiedział: bandytów zabiliśmy, a reszta siedzi w samochodach. Bandytów już nie ma, tylko my jesteśmy.
  
1 2 3 4 5
Zobacz zdjęcia
Rynek podczas okupacji, ok1942 r.




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe