kazimierz dolny
imieniny: Grzegorza i Aleksandra
Poniedziałek 24 kwietnia 2017
Brulion on-line NR4
KRWAWA ŚRODA - 18 listopada 1942 - Krwawa Środa
KRWAWA ŚRODA - Relacje świadków
KRWAWA ŚRODA - Fragment książki "Wspomnienia i dokumenty" [ T.1 s.174-175]
KRWAWA ŚRODA - W XXX rocznice "Krwawa Środa"
KRWAWA ŚRODA - To już 60 lat! Krwawa Środa w Kazimierzu Dolnym n/Wisłą
KRWAWA ŚRODA - Ponure dni w historii Kazimierza
WOJNA - "Przysięgam być wiernym ojczyźnie mej, Rzeczpospolitej Polskiej"
WOJNA - Partyzancki samotny grób przy kościele p.w. św. Anny
WOJNA - Wspomnienia o akcji pod Zastowem
Początki chrześcijaństwa w Kazimierzu n/Wisłą
Okruchy Pamięci
Inny Kazimierz: kolorystów, awangardy, arsenałowców
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Od Andrzeja Kołodziejka do piwka...
ANDRZEJ KOŁODZIEJEK - Spotkanie z malarzem
O śniegu, sankach i świetach
O dziesiątej w kawiarni na rogu rynku i lubelskiej
Notatki z natury
Był sobie hotel...
Willa pod różami
Wermanowie z Kazimierza
Wspomnienia Pani Heleny Werman
Jak daleko, jak blisko...
Teatr uliczny


Kazimierz Dolny -> Brulion kazimierski on-line -> Brulion on-line NR4 -> Willa pod różami

  Willa pod różami
Joanna Caspaeri

Dom nie wyróżniał się niczym nadzwyczajnym. Drewniany letniskowy dom, którego przedwojenna świetność minęła z chwilą wybuchu wojny na 50 kolejnych lat, kiedy to miał status domu rotacyjnego i upodobnił się wraz z całym terenem, na którym stał, do slumsu.

W 1929 roku moi cioteczni dziadkowie Zofia i Władysław Ludkiewiczowie kupili parcelę na Czerniawach nr 54, w celu postawienia letniego domu (mieszkali w Warszawie). Wybór padł na Kazimierz nieprzypadkowo, gdyż rodzinie nie były obce te okolice. Majątek Sadurki koło Nałęczowa należał do dziadka Zofii – K. Badkowskiego. W tymże majątku razem ze swoim rodzeństwem spędzała liczne wakacje. Przypuszczam, że wynalezieniem tej parceli zajął się ojciec Zofii – Franciszek Starzyński, który też dopilnowywał budowy domu. Powstał drewniany jednopiętrowy dom, po-malowany na sino-niebieski (gołębi – jak zawsze wspominano go w opowiadaniach rodzinnych) kolor. Największą jego ozdobą była weranda z ozdobną snycerką tak charakterystyczna dla Nałęczowa, wykonana przez pana Władysława Sosika – stolarza sąsiada. Dach domu pokryty był blachą i okolony dekoracyjnym zębatym zwieńczeniem, którego resztki się jeszcze zachowały. Niestety, po kunsztownej werandzie zostały tylko wspomnienia i zdjęcia.

Wuj Władysław (nazywałam go wujem a nie dziadkiem), który był zamiłowanym ogrodnikiem, sprowadzał systematycznie przeróżne rośliny z ogrodu botanicznego w Warszawie, wzbogacając i upiększając swój ogród na Czerniawach. Podobno 300 krzaków róż rosło wokół tego domu, który nazywano willą Pod Różami. Przed wojną parcela nie była zarośnięta dziką roślinnością, wybujałymi równie dziko i przypadkowo drzewami i chwastami, tak że można było zaplanować na niej ogród i mały sad. We wspomnieniach rodzinnych w ogrodzie buchają floksy i malwy, pachną dojrzale brzoskwinie i oczywiście róże.

Już w maju zaczynał się rodzinny zjazd do Kazimierza. Rodzina – to przede wszystkim trzy niebywale kochające się i związane ze sobą siostry – Zofia Ludkiewicz, Wanda Szopinska, Eugenia Saraszewska – z domu Starzyńskie – wraz z mężami i dziećmi, ich starsza przyrodnia siostra Otylia Starzyńska i najmłodszy z rodzeństwa brat Henryk. Zjeżdżali się i z Warszawy, z Krakowa, Białegostoku, i z Gniezna, w zależności, gdzie ich akurat w ciągu tych ostatnich 10-ciu przedwojennych lat los rzucił, do Kazimierza na wspólne wakacje. Przyjeżdżało też regularnie dużo znajomych i trudno sobie dzisiaj wyobrazić, jakim sposobem tyle ludzi mógł pomieścić ten nieduży w sumie dom.

Wuj Władysław pracował w W-wie w Banku Rolnym i podobnie jak jego dwaj szwagrowie – Jan Szopiński (mąż Wandy) – malarz i wojskowy i Mieczysław Saraszewski – oficer (mąż Eugenii, mój dziadek) – przyjeżdżał do Kazimierza głównie na weekendy. Natomiast żony i dzieci spędzały tam całe lato. Dzieci – to Jurek – syn Zofii i Władysława, Danusia i Basia (moja mama) – córki Eugenii i Mieczysława Saraszewskich. Tak właśnie ten drewniany letniak w Kazimierzu stał się rodzinnym domem, przystanią, w której spotykała się cała rodzina. Przed wojną huczał beztroskim, kolorowym życiem moich młodych dziadków, ciotek, i wujków. Moja mama spędzała w nim swoje szczęśliwe lata dzieciństwa, stawiała pierwsze kroki, lepiła placki z kazimierskiej gliny i wchłaniała oczami dziecka całe to otaczające ją piękno przyrody, artyzmu i specyficznej atmosfery przedwojennego Kazimierza. Ja również od dzieciństwa byłam karmiona wspomnieniami kazimierskimi. Przed-wojenny Kazimierz, którego sama nigdy nie znałam, zdawał mi się zawsze moim własnym przeżyciem. Wyprawy na plażę, pychówka, Fruzia w lodziarni przy rynku, sprzedająca kilkanaście gatunków lodów, wieczorne spotkania i kolacje na tarasie u Berensa. Floksy pachniały mi już Kazimierzem zanim zaczęłam tam sama przyjeżdżać i odnajdywać wspomnienia mojej babci i ciotek i mamy…                  .

Wybuch wojny zastał rodzinę w Kazimierzu. Tam też Czerniawami, wraz z wojskiem polskim uchodzącym
z kraju, maszerował mój dziadek Mieczysław Saraszewski ze swoim oddziałem. Babcia, ciotki tak jak inni, wystawiły przy drodze stół z piciem i jedzeniem dla przechodzących żołnierzy. W swoim oddziale Dziadek miał tylko trzy miejsca na wojskowej ciężarówce do ewakuacji żony i córek, ale dla nikogo więcej. Nastąpiła ciężka chwila decyzji, która zaważyła nad całym dalszym losem rodziny. Babcia za nic nie chciała rozstać się z siostrami… I tak, na tej drodze wiodącej przez Czerniawy gdzieś na południe do Rumunii i dalej… – rozstali się z dziadkiem na całe 8 lat (Dziadek wróciłdo Polski dopiero w 47 roku.) Stąd uciekali przed Niemcami na Wschód, żeby spod Łucka znów uciekać przed sowieckim wrogiem z powrotem do Warszawy. Tylko jeszcze w 40-tym roku część rodziny odwiedziła latem Kazimierz. Bezpowrotnie minął niefrasobliwy, szczęśliwy okres kazimierzowski sprzed 39 roku. Wojna przerwała to życie, przyniosła, jak prawie wszystkim, tak i mojej rodzinie, ból i rozpacz po stracie najdroższych. Został zamordowany na Pawiaku jedyny syn Zofii i Władysława Ludkiewiczów, szesnastoletni Jurek. Losy rozproszyły rodzinę po świecie.  Mój dziadek, który walczył w Afryce (Palestynie, Egipcie)  w armii Andersa, po zakończeniu wojny znalazł się w Anglii, Henryk Starzyński – brat, który aż przysłowiowo związany był z siostrami – nie powrócił nigdy do Polski i nigdy więcej nie zobaczył rodziny. Wojna zastała go za granicą, a los rzucił do Argentyny, dokąd trafił po tułaczce przez Anglię i Kenię.                          
1 2
Zobacz zdjęcia
W ogrodzie, 1935 lub 1936 rok.Pierwsza z lewej Danuta Piotrowska. Za nią jej matka Eugenia Saraszewska. Obok Jan Szopiński. Pierwszy z prawej Władysław Ludkiewicz. Obok Mieczysław Saraszewski (ojciec D. Piotrowskiej).

Przed willą w 1932 lub 1933 roku.Od lewej: Władysław Ludkiewicz, Wanda Szopińska, Francuz, przyjaciel Wł. Ludkiewicza, Zofia Ludkiewicz, w białym fartuchu kucharka. Na fotelu siedzi Jerzy Ludkiewicz.

Eugenia Saraszewska i Wanda Szopińska (z torebką) na kazimierskim rynku, lata 30. Z tyłu w drzwiach sklepu kupiec Jakub Lisztig.

Wakacje 1939. Mieszkańcy willi „Pod Różami” na wycieczce w Janowcu. Fotografował Władysław Ludkiewicz.

Lipiec 1998. W ogrodzie na Czerniawach. Od prawej: Krzysztof Lachert, Barbara Chraszczewska-Lachert, Danuta Piotrowska. Bawią się Madzia i Jaś Orłowscy.

Lipiec 1998. Barbara Chraszczewska-Lachert przed willą.




Copyright ©2003-2009 by pozycjonowanie, strony www, stron www, serwisy, portale, sklepy internetowe
polecamy: nałęczów | weekend | słowacja |
sopot festiwal, sylwester, ferie zimowe